|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Zakupione (3): Roger Scruton - "Spinoza"
![]() Autor: Roger Scruton Tytuł: "Spinoza" Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Rok wydania: 2006
wtorek, 29 lipca 2008
Wszystko jest wszystkim
W pewnym miejscu eseju "Bohaterskie niebohaterstwo Gombrowicza" Kot Jeleński opisuje stosunek autora "Ferdydurke" do katolicyzmu. Czyni przy tym uwagę pod adresem tego ostatniego, wskazując na niebywałą zdolność mimikry, wchłaniania przez Kościół Rzymski nowinek filozoficznych, aż po akceptację ateizmu, czego koronnym dowodem ma być myśl Teihlarda de Chardin. A mnie natychmiast przypomniał się krótki, ale ważny esej Carla Schmitta pt. "Rzymski katolicyzm i polityczna forma", którego trzon stanowi teza, iż naturą Kościoła jest complexio oppositorum, historyczna umiejętność katolicyzmu do jednoczenia w sobie "wszystkich form państwa i władzy". Ciekawe jest zawsze odnalezienie echa tego samego konceptu u dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą myślicieli. Ale może taka jest po prostu natura wszechświata, przynajmniej tego ludzkiego. Banalizując nieco problem, rzecz by można, że substancjalnym - a zarazem idealnym - tego odzwierciedleniem jest Internet. W panświatowej bibliotece wszystko powiązane jest ze wszystkim. Czytając o różokrzyżowcach przejść możemy zarówno do erudycyjnego "Wahadła Foucaulta" jak i populistycznego "Kodu Da Vinci", ale też i do analiz masonerii z pozycji teoretyków spisku, skojarzonych przez bezosobowe algorytmy wyszukiwarek ze skeczem Monty Pythona o wolnomularskich konszachtach architektów z urbanistami. Być erudytą w czasach hiperlinku jest teoretycznie niezwykle łatwo. Wiedza - a przynajmniej informacja - wydaje się być na wyciągnięcie ręki, najdalej dwa kliknięcia myszki stąd. Jeśli inteligencję zdefiniujemy jako zdolność błyskawicznego kojarzenia, zespolenie ludzkiego mózgu z rzeczywistością, której szkieletem są hiperlinki dałoby w efekcie istotę hiperinteligentną. Czy nie jest naiwną wobec tego wiara, że nadal sensowne jest tradycyjne podejście do edukacji, ze zgłębianiem opasłych tomów, uważną lekturą, samodzielnym uwewnętrznianiem, internalizacją dzieł kultury? Być może za kilkadziesiąt lat nikt nie będzie widział sensu w samym stawianiu takich pytań. Ale wtedy nikt także nie przeżyje podobnego do mego zachwytu, gdy odnajdzie powinowactwo pomiędzy niekojarzonymi dotąd ze sobą światami. Lektury:
czwartek, 24 lipca 2008
Zakupione (2): Chantal Mouffe - "Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej"
Autor: Chantal Mouffe Tytuł: "Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej" Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Rok wydania: 2008
poniedziałek, 21 lipca 2008
Przeczytane (2): Hans Magnus Enzensberger - "Józefina i ja"
Chciałoby się, by ta książka była czymś więcej niż jest. A jest elegancką, umiarkowanie poruszającą lekturą na niedzielne popołudnie. Literacki, fajansowy bibelocik - tak należałoby chyba określić tę niedługą powieść, czy może raczej - powiastkę. Zaskakująco banalne i przewidywalnie niekontrowersyjne "tyrady" tytułowej bohaterki nie pozostają długo w pamięci. Ot, książka, którą czyta się szybko i z przyjemnością, tak jak szybko i z przyjemnością wypijamy popołudniową filiżankę herbaty, jaką raczą się bohaterowie książki. W tym przypadku herbaty letniej. ![]() Autor: Hans Magnus Enzensberger Tytuł: "Józefina i ja" Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Rok wydania: 2008 (2006 niemieckie) Przeczytane (1): Bronisław Wildstein - "Dolina nicości"
W zasadzie równie dobrze mógłbym recenzję z "Doliny nicości" zamieścić w moim politologicznym blogu. Jest to bowiem w istocie fabularyzowany manifest poglądów jednego z najbardziej kontrowersyjnych publicystów ostatnich lat.
Tej książki nie czyta się dla jej walorów literackich. O nich zresztą lepiej byłoby przemilczeć: papierowe (choć wzorowane na rzeczywistych) postaci, banalne dialogi, grafomańskie opisy. Jednak, jako się rzekło, nie ze względu na nadprzeciętną estetykę sięga się po tego typu książki. Wildstein, zrehabilitowany ostatnio w oczach wielu filmem "Trzech kumpli", należy do zwolenników szeroko pojętego "obozu IV RP", a przynajmniej do przeciwników III RP i jej "nadprezydenta" - Adama Michnika, występującego w "Dolinie nicości" pod nazwiskiem Michała Bogatyrowicza. I na podstawie wyrobionego poglądu rekonstruuje rzeczywistość (II RP - tytułową dolinę nicości) rządzoną przez redaktora naczelnego "Słowa" (czyli "Gazety Wyborczej"), dawnych ubeków i komuchów, prezia, ale przede wszystkim może przez konformizm i oportunizm medialnej klaki. Fabuła jest powszechnie znana: Adam Wilczycki, naczelny gazety "Kurier" (i alter ego Wildsteina) decyduje się na publikację materiałów wskazujących na to, iż powszechnie szanowany profesor Lew (aż strach dziś pisać: Geremek?) był agentem SB. W odpowiedzi Michał Bogatyrowicz rozpętuje nagonkę na Bogu ducha winnego Wilczyckiego. Fakty zostają zakrzyczane, Wilczycki traci pracę, reputację i kochankę. Jednym z zauszników Bogatyrowicza jest niejaki Jan Return ("Return" - tak brzmiał jeden z pseudonimów używanych przez Lesława Maleszkę) bierze czynny udział w dziele zniszczenia Wilczyckiego. I to właśnie opisując koleje losu Returna-Maleszki, krakowskiego studenta filologii, uwikłanego w kontakty z bezpieką, w wolnej Polsce zaś czołowego dziennikarza, Wildstein wzbija się ponad literacką przeciętność (by nie rzec: pośledniość) przeważającej części "Doliny nicości". Nic dziwnego: doświadczenie zdrady ze strony Returna-Ketmana-Maleszki dla Bronisława Wildsteina musiało stać się przeżyciem niezwykle traumatycznym. Stąd też końcowe partie "Doliny", opisujące kolejne etapy pogrążania się dawnego przyjaciela we współpracę z SB, są wielokrotnie bardziej wiarygodne niż czarno-białe i do bólu naiwne przedstawienie machinacji rządzącego Polską "układu" - ten jest przedstawiony na poziomie słynnej przedwyborczej reklamówki PiS o "mordzie" i jedzeniu bezy łyżeczką. Próba wniknięcia do umysłu zdrajcy, poszukującego uzasadnienia dla swoich podłych czynów - w przypadku Wildsteina jest to zabieg tyleż literacki, co psychologiczny, terapeutyczny. Miejmy nadzieję, że chociaż w tym ostatnim planie zabieg udany. Gdyby Polska z powieści Wildsteina była Polską prawdziwą, należałoby jak najszybciej spakować walizki i uciekać stąd jak najdalej. Jednak obraz to zbyt przerysowany, zbyt groteskowy, choć autor wydaje się być święcie przekonany w jego realność. Smutek, moralna ambiwalencja, owczy pęd rzekomych elit intelektualnych - diagnoza Wildsteina jest tożsama z tą, którą na sztandarach wypisane ma Prawo i Sprawiedliość. Pytanie, czy za kilka obrotów politycznego zegara diagnoza ta oderwie się od tych jednoznacznych politycznie skojarzeń... PS Największej przyjemności podczas lektury dostarcza rozszyfrowywanie prawdziwych nazwisk bohaterów powieści. Kilka najbardziej oczywistych przykładów już podałem, ale nie brakuje i mniej jednoznacznych. Większość jednak jest bardzo czytelna: mamy więc np. Pasikonika, "nadzieję lewicy" i redaktora naczelnego pisma "Praktyka Zaangażowana", albo wiecznie pijanego Jędrzeja Karka - pisarza i felietonistę.
Autor: Bronisław Wildstein Tytuł: "Dolina nicości" Wydawnictwo: Wydawnictwo M Rok wydania: 2008 Zakupione (1): Konstanty A. Jeleński - "Chwile oderwane"
![]() Autor: Konstanty A. Jeleński Tytuł: "Chwile oderwane" Wydawnictwo: słowo/obraz terytoria Rok wydania: 2008
czwartek, 17 lipca 2008
Las
Podróżowałem niecierpliwie. Nie pozwalałem sobie na postój dłuższy, niż wymagała tego regeneracja sił. Wkrótce równiny, z rzadka porośnięte skalnymi grzybami, zaczęły łagodnie przechodzić w niskopienny las. Pustynna dotychczas przestrzeń, nie stawiająca ograniczeń, niewymagająca traktów, których musiałbym się trzymać, ustąpiła miejsca gęstniejącym zaroślom, pobratanym z sobą pniom modrzewi. Lecz ja na to właśnie czekałem. Początkowo mogłem jeszcze wybierać: podążyć tym prześwitem, z biegiem tego strumienia, czy może ścieżką, którą do wodopoju schodziły łanie? Po kilku dniach znalazłem się jednak w prawdziwej głuszy, pośród zaciskającego się wokół mnie kordonu wielopiętrowych krzewów i zwisających ciężko koron, trzeszczących na wietrze wysokich sosen. Wyboru dalszego szlaku dokonywał za mnie Las, co przyniosło utęsknione ukojenie. Pewnej nocy obudziłem się skostniały z zimna (dawno już zarzuciłem zwyczaj rozpalania ognisk, nie chcąc naruszać zasad, na których Las udzielał mi gościny), ale to nie chłód wyrwał mnie ze snu. Kilka metrów od siebie ujrzałem, odbijające mdłe światło księżyca, trzy pary zielonych oczu. Od kilku już dni miałem wrażenie, że jestem obserwowany. Ktoś podążał za mną, ukrywając się w gęstwinie. Gdy zatrzymywałem się i ukradkiem oglądałem za siebie, Las zamierał w ciszy i bezruchu. Nawet korony drzew dostojnie milczały. Teraz jednak moje domysły znalazły potwierdzenie. Wpatrujące się we mnie hipnotycznie ślepia nie były ludzkie. Ostrożnie uniosłem się z posłania z liści, ukląkłem, podpierając się lekko zgiętymi ramionami. Moment nieuwagi wystarczył, by trzy pary oczu rozproszyły się. Wilcza taktyka, zdążyłem tylko pomyśleć. Przykucnąłem, naprężyłem się, czując tylko przyspieszający rytm serca, który wkrótce przeszedł w ogłuszający łomot. Księżyc w nowiu zniknął za chmurami, otaczająca mnie czerń była dla mojego wzroku nie do przeniknięcia. Musiałem zdać się na pozostałe zmysły. Czy z prawej strony poczułem nagły powiew, jakby coś przemknęło zaledwie kilkanaście centymetrów od mojego policzka? Czy rzeczywiście w powietrzu unosił się prawie niewyczuwalny zapach mokrej sierści? Czy naprawdę, w trudnej do określenia odległości, gdzieś za moimi plecami, usłyszałem trzask łamanej gałęzi? Przestrzeń wokół skurczyła się do niewielkiego obszaru, który wydzierało próżni moje pulsujące ciało. Im dłużej trwałem w napięciu, tym bardziej istniejąca przestrzeń się kurczyła. Przestałem czuć ścierpnięte ramiona i odmarzające uda. Wszelka egzystencja skupiła się na kilku mikrometrach, zajmowanych w mózgu przez ośrodki dotyku, węchu i słuchu. A wraz z niknącą przestrzenią traciłem poczcie czasu. Czy czekam kilkanaście sekund, czy może już godzinę? Nie było już mnie, nie było mojego ciała, bo nie było czasu i przestrzeni, w którym rzecz mogłaby istnieć. Byłem tylko myślą. A może, w tym momencie, w tej jednej chwili dotarłem do źródeł świadomości, do prazmysłu, o uruchomieniu którego śnili wszyscy wielcy filozofowie, pomyślałem jeszcze w nagłym zachwycie. I wtedy Las przystąpił do ataku.
środa, 16 lipca 2008
Niewzruszony, pozostaję
Mój ojciec umarł w Wielki Piątek. Nie było to dla mnie – ani dla nikogo
innego – zaskoczeniem. (Podobnie, jak zaskoczeniem nie było, że
trzeciego dnia nie zmartwychwstał, jak podśmiewali się niewesoło
żałobnicy, kiedy zgromadzili się w rodzinnym domu po pogrzebie, który
odbył się tydzień później). Rak toczył jego coraz słabsze ciało przez
trzy długie lata, więc każdy, kto miał na to ochotę, zdążył się z nim
pożegnać. Siedziałem samotnie w fotelu, z oczami wlepionymi w podłogę, medytując odwieczny problem, który pojawiał się ilekroć odchodził ktoś bliski. Polegał on na tym, iż zamiast czuć – tak jak wszyscy zgromadzeni wokół – żal i smutek, czułem jedynie pustkę i otępienie. Ktoś mógłby myśleć, że gdy owo otępienie ustępowało, ból i uświadomienie straty – konieczne przecież odreagowanie każdej tragedii – dochodziły do głosu; ale nie, silniejsze emocje nie wystąpiły ani razu. Także teraz, kiedy, jak mogło się wydawać – i jak pewnie myśleli krewni, spoglądający na mnie z nieukrywaną troską – utraciłem osobę tak bliską, utraciłem ojca. Z zadumy wyrwała mnie matka, wkładając w moje ręce filiżankę herbaty i talerzyk z ciastem, które kiedyś było świąteczne. Spojrzałem na nią, uśmiechnęła się nieznacznie i wróciła do kuchni. „Nieźle się trzyma”, pomyślałem, „ale ona zawsze była twarda”. Podniosłem do ust łyżeczkę z kawałkiem ciasta – takiego, jakie zawsze, odkąd zdolny byłem pamiętać, matka piekła na święta – i popiłem łykiem gorącej herbaty. I w chwili tej poczułem, że wracają wspomnienia, a wraz z nimi uświadomienie, dlaczego nie potrafię już czuć smutku, dlaczego nie umiem się wzruszać. Ściszone głosy żałobników, brzęk naczyń i sztućców, ptaki bezczelnie witające wiosnę radosnym śpiewem – wszystko to zniknęło, a pokój pustoszał i ciemniał, w miarę jak ja przenosiłem się do dnia, kiedy odczułem rozpacz tak silną, że skutecznie uodporniła mnie ona na wszelki późniejszy smutek. Było to dwadzieścia lat wcześniej, w pewien niedzielny wieczór. Jak co tydzień, siedziałem w swoim pokoju na piętrze, z nosem przyklejonym do szyby. Wpatrywałem się w koniec ulicy, drżeniem serca witając każdy nadjeżdżający samochód. W końcu ukazał się ten, na który czekałem – odrapany, czerwony pickup, wolno zbliżył się do naszej bramy, a wreszcie wtoczył na podwórko. Usłyszałem znajomy zgrzyt zaciąganego hamulca, drzwi z obu stron otworzyły się, i ojciec, razem z mym młodszym bratem, ukazali się moim stęsknionym oczom. Zerwałem się i wybiegłem na schody, aby powitać ich w sieni, ale potknąłem się i uderzyłem w kolano tak nieszczęśliwie, że sycząc z bólu musiałem przysiąść na schodach. Tymczasem na dole rozległ się głos matki, witającej przybyłych. Ojciec i brat, prawie każdego sobotniego ranka, od wczesnej wiosny do jesieni, zaopatrzeni w prowiant i cały bagażnik sprzętu wędkarskiego, wyjeżdżali na ryby. Zostawiali do niedzielnego popołudnia, śpiąc w namiocie lub – w razie gorszej pogody – na rozłożonych siedzeniach samochodu. Nigdy nie brałem udziału w tych wyprawach. Nigdy też nie przemknęło mi przez myśli, iż brać udział powinienem. Po prostu, tak to już było, „od zawsze”: od zawsze na ryby jechał ojciec z bratem i przyjmowałem za rzecz oczywistą, że beze mnie. Wiedziałem zresztą, że Dawid, mój brat, cieszy się o wiele większą miłością ojca. To z nim spędzał on swoje wolne chwile, to jego brał ze sobą, kiedy jechał do miasta po większe zakupy. Nie, nie traktował mnie źle, po prostu – doskonale neutralnie. Lecz to wystarczyło, by sprawić mi ból. Byłem wprawdzie młodszy od Dawida – ale tylko o rok! Za wszelką cenę starałem się udowodnić ojcu, że też zasługuję na zaufanie. Nie będąc wyjątkowo sprawny fizycznie, nadrabiałem świetnymi wynikami w szkole. Niestety, moje sukcesy pozostawiały ojca niewzruszonego, choć matka zawsze dopingowała mnie i wspierała, kiedy pokazywałem mu po zakończeniu roku szkolnego świadectwo z wyróżnieniem. Ale tego wieczoru, kiedy siedziałem u szczytu schodów, masując pulsujące kolano, miałem doznać czegoś więcej, niż ojcowskiej obojętności. Dawid zdał w kilku słowach matce relację z wyprawy i pobiegł odłożyć wędkarski ekwipunek do komórki. Usłyszałem, jak ojciec wchodzi do pokoju na dole, a za chwilę matkę, wnoszącą obiad. - Daniel chyba śpi – powiedziała matka. – Inaczej już by tu zbiegł. Zawsze tak na was czeka… Ojciec nic nie odpowiedział, widocznie zbyt pochłaniało go jedzenie. - Wiesz – matka nie dawała za wygraną – mógłbyś spróbować być dla niego milszy. - Jestem ciekaw, kiedy mu się znudzi – wszedł jej w słowo ojciec. - Jak możesz… - westchnęła matka. - Jak mogę? – zapytał sarkastycznie. – Zwyczajnie. - Janek, ten chłopak żebrze o twoją uwagę – zduszony głos matki sprawił, że aż się skuliłem. - Dostaje jeść? – w głosie ojca zabrzmiała nieznana mi dotąd twardość. – Ma gdzie spać?! To o co chodzi?! - O ciepło, o miłość, o to, żeby miał ojca! – wykrzyknęła. - Dlaczego chcesz do tego wracać? Umówiliśmy się przecież – warknął w odpowiedzi. Zszedłem cicho kilka stopni niżej i spojrzałem ukradkiem spod poręczy na rodziców. Siedzieli nadal przy stole. Ojciec odsunął od siebie talerz. Wpatrywał się w przestrzeń, natomiast matka natarczywie spoglądała na niego. - Tak, umówiliśmy się – podjęła po chwili. – Ale tak dłużej być nie może. Nie mogę patrzeć na jego kolejne rozczarowanie, kiedy przybiega do ciebie pełen entuzjazmu, a ty odprawiasz go z kwitkiem. Ojciec ciężko oddychał, w końcu odezwał się zduszonym głosem: - Czy ty nie rozumiesz, że za każdym razem, kiedy go widzę, przypominam sobie to wszystko? Za każdym razem na nowo tamto przeżywam! – nachylił się ku matce i zaczął gorączkowo mówić. - Czasem, tuż po obudzeniu, zdaje mi się, że ten dzieciak jest jakimś prześladującym mnie demonem, ale potem wstaję, schodzę na śniadanie i widzę, że on jest realny. I moja głowa eksploduje! Nie chcę go tutaj, nie chcę go nigdzie, w ogóle go nie chcę! Matka skryła twarz w dłoniach. - Dobrze wiesz, że jest tu tylko przez wzgląd na ciebie – urwał zaskoczony. Stałem tuż obok. Patrzyłem na niego oczami pełnymi łez. Usiłowałem coś powiedzieć, ale głos nie chciał wydobyć się z mojego gardła. Ojciec wstał, zrobił ruch w moją stronę, otworzył usta i przez ułamek sekundy wydawało mi się, że powie coś, co sprawi, że znaczenie stracą nie tylko wypowiedziane przez niego przed chwilą słowa, ale i zniknie dotychczasowa obojętność. Lecz nie, odsunął mnie i szybko wyszedł z pokoju. Matka rzuciła się ku mnie, ale wyrwałem się jej i wybiegłem do sieni, zderzając się w drzwiach z Dawidem. Znalazłem się przed domem, a potem, mimo wciąż bolącego kolana – ruszyłem przed siebie, wprost w ciemną noc. Nie wiedziałem, jak bardzo oddaliłem się od domu. Wiedziałem tylko, że nie chcę tam wracać. Nie po tym, co usłyszałem. Nie pamiętam nic więcej z tamtej nocy. Obudziłem się we własnym łóżku, w którego nogach drzemała matka. Powiedziała mi potem, że odnaleziono mnie skulonego w krzakach nad jeziorem. W rozmowie ze mną matka nie poruszyła tematu ojca. I ja także nie chciałem o nim mówić. Od tamtej chwili zmieniło się tylko to, że nie próbowałem już zabiegać o jego względy. Skupiłem się na nauce, po skończeniu podstawówki zamieszkałem u ciotki w mieście, skończyłem liceum, poszedłem na studia. Do domu zajeżdżałem tylko na święta, by tuż po nich z ulgą wrócić do swojego osobnego życia. Z ojcem rozmowę odbyłem dopiero kilka miesięcy przed jego śmiercią, w czasie Bożego Narodzenia. Nie wstawał już wtedy, leżał w łóżku, wstawionym do mojego dawnego pokoju, zastawionego teraz aparaturą medyczną. Matka powiedziała mi tylko, że on chce ze mną mówić. Posłusznie wspiąłem się po schodach i zapukałem do drzwi. Przysunąłem krzesło do łóżka, starając się nie okazać szoku, jaki wywarł na mnie widok zapuchniętej twarzy ojca. - Wiem, że na to, co powiem, jest o wiele za późno – jego głos był nadspodziewanie silny. – Ale być może jest też za wcześnie. Szczerze mówiąc, myślę, że nadal nie jestem gotów na tę rozmowę. Jednak później może nie być na nią czasu. Będę mówić otwarcie, może brutalnie, bez sentymentów, bo przecież tych nigdy między nami nie było – urwał. – Byłem złym ojcem… Brzmi jak z taniego melodramatu – zaśmiał się i zaraz straszliwie zakrztusił. Podałem mu szklankę z wodą. – Byłem złym ojcem, ale to tylko dlatego… że tak naprawdę nim nie byłem – spojrzał na mnie z wysiłkiem, badając jakie wrażenie wywarły na mnie te słowa. Siedziałem nieporuszony. Uznał, że może kontynuować. – Krótko po urodzeniu się Dawida, spotkała nas tragedia. Twoja matka spędzała wieczór u znajomej. Ja położyłem twojego brata spać i pracowałem. Mijały godziny, twoja matka nie wracała. W końcu wyszedłem po nią, ruszyłem w kierunku z którego powinna nadejść. Znalazłem ją trzysta metrów od domu. Była nieprzytomna. Ktoś napadł ją i zgwałcił. Sprawcy nie udało się ustalić, a my nie naciskaliśmy na policję, bo po to przecież się tu sprowadziliśmy, żeby zaznać wreszcie trochę spokoju. Dziękowałem Bogu, że matka uszła z życiem. Po dwóch miesiącach zorientowaliśmy się, że jest w ciąży. Oboje zdecydowaliśmy, że podda się aborcji, ale badania wykazały, że jest już za późno i zabieg mógł zagrozić jej życiu. Kiedy się urodziłeś, nie potrafiłem już przekonać matki, żeby oddać cię do adopcji. I to był mój błąd. Nie dostałeś szansy na normalne życie. Nie musiał mówić więcej. Wstałem. - Daniel – z wielkim trudem uniósł się na łóżku. – Dla mnie to też nie było normalne życie. Myślałem, że z czasem to poczucie minie. Ale nigdy nie minęło. Odstawiłem krzesło pod ścianę i wyszedłem, cicho zamykając za sobą drzwi. Ponownie ojca zobaczyłem dopiero po jego śmierci, leżącego w otwartej trumnie pośrodku cmentarnej kaplicy. Był wybitnym, powszechnie szanowanym pisarzem. Bohaterów jego powieści spotykały tragedie gorsze, niż śmierć. Sposób, w jaki rysował ich sylwetki uchodzi po dziś dzień za wzór literackiego mistrzostwa. Ojciec wiedział, czym jest ból i poświęcenie. Czytam dziś jego książki, zachwycam się ich psychologiczną subtelnością i precyzją. I zadaję sobie pytanie, dlaczego ten przenikliwy człowiek nie potrafił przemóc w sobie biologicznej awersji i otworzyć serca na spragnione miłości dziecko. Ale, jeśli mam być szczery, jakoś mnie to nie wzrusza. |